sobota, 20 czerwca 2009
słów kilka o DA...
Szczęśliwa, szczęśliwa, szczęśliwa :) Nie dlatego że to koniec spotkań w DA... prowadzenie Sztuki Kochania dało mi tyle energii, pomysłów i wiary w siebie, że naprawdę nie mam na co narzekać. Cieszę się że wytrwałam, że nie uciekłam tak jak zwykle robię. Wszystko zawdzięczam tym ludziom, którzy byli przy mnie - dodawali otuchy, dawali rady, rozmawiali, po prostu byli ze mną. Może to zabrzmi głupio dla osoby niewierzącej... ale myślę że działał w tym wszystkim Duch Święty. Zmieniłam się - już nie robię pewnych rzeczy, które kiedyś były dla mnie podstawą. Jestem silniejsza, mocniejsza. Znów widzę sens w Kościele, w wierze w Boga. A to wszystko za sprawą tych ludzi. Może nie widzieli moich dylematów i wahań - a może to mi się wydawało że moja maska jest nie do przejrzenia... ale coś sprawiło że nagle już jej nie chciałam. Nie chciałam więcej wmawiać sobie że jestem taka czy inna. Zanim tam przyszłam napisałam kilka maili, których nigdy nie wysłałam - wszystkie opowiadały o tym samym. O tym co czułam gdy byłam w Warszawie sama, o wszystkich myślach które mnie nachodziły, o wewnętrznym rozdarciu... i mimo że nigdy nie doszły tam gdzie miały dojść oni od początku zachowywali się tak jakby wiedzieli. Przejrzeli mnie na wylot. Nie pozwolili mi odejść. Na pozwolili skryć się w cieniu. Wyciągnęli naprzód i pokazali że mogę żyć inaczej. Chce mi się płakać nad własną głupotą... jak mogłam myśleć wtedy w taki sposób? Jak mogłam tak bardzo pragnąć by ktoś mi pomógł a jednocześnie uciekać od każdego gestu w moją stronę? A uciekałam... zawsze uciekałam... i wiem że teraz też bym uciekła... znalazła tysiąc rzeczy które muszę zrobić. Odetchnęła z ulgą i pogrążyła się w ciemności... Tylko ktoś mi nie pozwolił uciec. Ktoś stanął na mojej drodze i dał mi szansę... i ja też dałam sobie szansę. Jestem dziś w tym miejscu spoglądam wstecz i widzę inną osobę... taką która wmawiała sobie że nie potrzebuje nikogo, która zaciskała zęby i pozwalała by wszystko w życiu toczyło się bez niej. Odwracała twarz i mówiła "Ja ich nie potrzebuje"... to była bezradność i strach... I to się toczyło i toczyło bez końca... i nie wiem jak by się skończyło. Widzę w tym coś więcej niż zbieg okoliczności. Wyjazd do Krakowa... (czemu akurat tam? Na żaden inny bym nie pojechała...), propozycja prowadzenia spotkań (czemu akurat mi? byłam wtedy w DA od miesiąca... byli lepsi ode mnie...), to że mimo mojego braku czasu i zaangażowania nikt nigdy nie powiedział mi złego słowa... zawsze słyszałam od nich tyle dobrego że w końcu ustąpiłam - ci ludzie zawsze mnie zaskakiwali... spotkałam się w życiu zawsze z postawami odwrotnymi. Odchodziłam bez żalu z kolejnych grup myśląc że tak jest lepiej. Że tak ma być że nikt mnie nie potrzebuje... a tu zupełnie na odwrót... jakby wszyscy chcieli mi pokazać że świat działa inaczej jeśli włoży się w niego cząstkę siebie. A przecież nie mogli wiedzieć jakie były moje problemy, jakich ludzi dotąd spotkałam... a znali mnie na wylot i wiedzieli jak odegnać moje obawy... skąd? Skąd mogli to wiedzieć? Czy to ważne? To koniec długiej nocy... nadchodzi świt...
czwartek, 18 czerwca 2009
i tak to już jest...
... że raz jest dobrze a raz źle. W poniedziałek wróciłam z pogrzebu. Smutny pogrzeb. Bez księdza, bez modlitwy, bez śpiewu. Za to z mnóstwem patetycznych słów. Jasne że nie mam nic przeciwko. Ale jak tego słuchałam to zastanawiałam się po co właściwie tak się robi. Świat ludzi zmarłych jest tak idealny i piękny. Wszystko było w nim wspaniałe, oni byli wspaniali... Potem zastanawiałam się co powiedzieli by na moim pogrzebie... Pewnie takie same bzdury o tym jaki człowiek był wspaniały, jak wszyscy żałują że odszedł... pewnie że żałuje że odeszła moja Babcia. Ale nie chcę jej zapamiętać tylko pod kątem tych wszystkich cudownych chwil. Nie chcę zafałszować sobie jej obrazu. Chcę ją pamiętać taką jaką była naprawdę, bez ozdobników. Nie potrzebuje ozdobników żeby ją kochać... Te wszystkie mowy pogrzebowe wygłasza się chyba ze strachu przed tym że ktoś mógłby pomyśleć coś złego o danej osobie bo ona już tego nie będzie mogła zmienić. Więc dajemy jej szansę by każdy mógł zapamiętać ją jako osobę wspaniałą i dobrą. A wady to też była część mojej Babci. I bez nich ten obraz będzie niepełny...
Poza tym poznałam całą masę ludzi - głównie z rodziny mamy - na pogrzebie. I znów czemu dopiero na pogrzebie. Zażyła mnie jedna babka tekstem "teraz to my pewnie już tylko na takich okazjach będziemy się spotykać" Nie zgadzam się! Jak można tak mówić. Po to się żyje po to ma tych ludzi obok siebie żeby korzystać z każdej chwili. A nie wypłakiwać się potem na pogrzebach że się czegoś nie powiedziało danej osobie. Nie rozumiem jak można mieć takie podejście. Pogrzeb to nie okazja na spotkanie...
Babcia została pochowana w Tarnowskich Górach - dn. 15.06 zmarła 18.05.2009. Urodzona 08.01.1936... wszystkich czytających proszę o krótką modlitwę za nią... wystarczy nawet chwila zadumy...
dziękuje
Poza tym poznałam całą masę ludzi - głównie z rodziny mamy - na pogrzebie. I znów czemu dopiero na pogrzebie. Zażyła mnie jedna babka tekstem "teraz to my pewnie już tylko na takich okazjach będziemy się spotykać" Nie zgadzam się! Jak można tak mówić. Po to się żyje po to ma tych ludzi obok siebie żeby korzystać z każdej chwili. A nie wypłakiwać się potem na pogrzebach że się czegoś nie powiedziało danej osobie. Nie rozumiem jak można mieć takie podejście. Pogrzeb to nie okazja na spotkanie...
Babcia została pochowana w Tarnowskich Górach - dn. 15.06 zmarła 18.05.2009. Urodzona 08.01.1936... wszystkich czytających proszę o krótką modlitwę za nią... wystarczy nawet chwila zadumy...
dziękuje
wtorek, 26 maja 2009
Tu i teraz...
Upijam się światem :) jest tak pięknie, tylu wspaniałych ludzi dookoła, nowych wyzwań... Sama nie wiem czemu się tak czuje. Niby sesja, niby ten pogrzeb niedługo, a ja podnoszę oczy do góry i myślę jakie niebo jest piękne. Czasy liceum wydają się być złym na wpół już zapomnianym snem. Odpycham złe myśli jak najdalej od siebie i myślę o wszystkich miłych drobiazgach. O targach książki, spotkaniu z panem Widłakiem, pracy na jarmarku dominikańskim, ludziach którzy mówią "dobra robota, udało nam się", smsach od M.S., chwilach rozmowy z ludźmi których myślałam że straciłam dawno temu, nowych książkach, muzyce... nawet o lodach waniliowych :)
... ta burza przyniosła nowe rześkie powietrze... świat nabrał po niej głębszych barw. Odkrywam na nowo oczywiste prawdy jakbym nigdy ich dotąd nie rozumiała. Dobrze jest żyć, podejmować decyzje, uśmiechać się, zmieniać tę część świata wokół mnie i nadawać jej sens...
... ta burza przyniosła nowe rześkie powietrze... świat nabrał po niej głębszych barw. Odkrywam na nowo oczywiste prawdy jakbym nigdy ich dotąd nie rozumiała. Dobrze jest żyć, podejmować decyzje, uśmiechać się, zmieniać tę część świata wokół mnie i nadawać jej sens...
piątek, 15 maja 2009
cisza przed burzą... i cisza po burzy
Nadchodzi burza. Daje do myślenia - nadchodzi fala złości i bezradności i nic nie mogę z tym zrobić. A nawet jeśli robię to czuję że wszystko wymyka mi się z rąk. To moment kiedy mam ochotę wszystko rzucić i powiedzieć: "Nie gram już! Mnie w to nie wciągajcie!". Bo niby co lepszego można zrobić z burzą niż ją przeczekać? Świat składa się z reguł i zasad. Każdy krok pociąga za sobą następny krok, każda decyzja rodzi następną decyzję. To jak taniec, w którym wszyscy poruszają się dogranym krokiem. Czasem szybciej czasem wolniej. Krok w prawo, krok w lewo, obrót i tak dalej i tak dalej... a jeśli się potkniesz nikt na ciebie nie będzie czekał. Proste i klarowne jak każda zasada. A ja właśnie odwracam się i schodzę z parkietu. Może ten taniec mi nie odpowiada? Burza jest blisko i niedługo się rozpęta... lepiej ją przeczekać. Pozwolić by emocje opadły. Poczekać na nowy układ taneczny. Tak naprawdę poczekać na cokolwiek.
... to post nie zamieszczony napisany tydzień temu. Burza nadeszła, dokonała zniszczeń, teraz czekam aż znowu wyjdzie słońca... Ogarnia mnie zniechęcenie, smutek. A przecież tak musiało być. Prawda jest taka że nigdy nie jesteśmy gotowi na to co przyjdzie choćbyśmy się nie wiem jak długo przygotowywali. Ludzie odchodzą... i nie da się ich zatrzymać. Jedyne co mogę zrobić to się z tym pogodzić...
... to post nie zamieszczony napisany tydzień temu. Burza nadeszła, dokonała zniszczeń, teraz czekam aż znowu wyjdzie słońca... Ogarnia mnie zniechęcenie, smutek. A przecież tak musiało być. Prawda jest taka że nigdy nie jesteśmy gotowi na to co przyjdzie choćbyśmy się nie wiem jak długo przygotowywali. Ludzie odchodzą... i nie da się ich zatrzymać. Jedyne co mogę zrobić to się z tym pogodzić...
środa, 13 maja 2009
...a melancholia jest niebieska...
Melancholia zawsze mi się kojarzy z kolorem niebieskim. Smutek to granatowy. Euforia czerwień. Zielony to spokój i cisza. Zmęczenie jest żółte. A dzisiejszy dzień to istna tęcza kolorów. Wszystko w nim było - od radości do smutku. Poważne myśli, głupawka, zamyślenie, przełamywanie oporów, walka z pewnymi uczuciami, radość z pomocy komuś, zniechęcenie... może nawet kilka chwil zakochania? Zawrotów głowy można dostać... ale przypuszczam że u większości tak właśnie wygląda jeden dzień z życia... to mieszanina barw, które trudno czasem określić. A tymi barwami można malować i tworzyć piękne obrazy. A można je wszystkie wymieszać i otrzymać jedną wielką szarą plamę. Oczywiście zdarzają się dni tylko w jednym odcieniu - każdy ma swój "okres błękitny" ;) ... ale tak naprawdę nie zdarzają się one tak często, to zawsze jest mniej lub bardziej barwna paleta kolorów.
Ot takie moje artystyczne podejście do rzeczywistości...
Ot takie moje artystyczne podejście do rzeczywistości...
poniedziałek, 11 maja 2009
Ludzie których nie znamy...
Czy kogoś da się w pełni poznać? Nie da się. Zawsze będą tajemnice i słowa których nie będzie chciało się wypowiedzieć. Zawsze będą chwile, w których nie będziemy mogli wspólnie uczestniczyć i przeżycia których nie doświadczymy... a nawet gdybyśmy przeżyli je wspólnie ich odbiór może być zupełnie różny. Czasem może nam się wydawać że kogoś rozumiemy, ale wcale nie musi tak być. Na dnie serca ukryte są myśli, z których nawet nosząca je osoba nie zdaje sobie sprawy. Takie myśli czasem wychodzą na wierzch w chwilach gdy świat przepełniony jest jakąś dziwną energią. Noc przy ognisku, wschód słońca, wspólna podróż... Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Wciąż pozostaje w nas za dużo ukrytych słów, którymi można by zapełnić wiele godzin rozmowy.
Ale czasem lepiej jest milczeć... cisza buduje trwalsze mosty między ludźmi niż nie jedna dokładna relacja wewnętrznych przeżyć. Cisza nie musi być znakiem znudzenia. To czas w którym w tej samej chwili jesteśmy sobie najbardziej bliscy... nie musimy sobie nic mówić, ale nasze myśli krążą wspólnie. Dlatego cisza jest tak samo ważna jak wspólna rozmowa z kimś... każdy potrafi ze sobą porozmawiać, ale wspólne milczenie to dużo trudniejsza rzecz... Cisza nigdy nie jest taka sama. Czasem jest ciężka, dusząca... czasem lekka... porządkuje myśli... a czasem wprowadza w nich chaos... cisza jest jak słowa... tylko trzeba się wsłuchać.
Ale czasem lepiej jest milczeć... cisza buduje trwalsze mosty między ludźmi niż nie jedna dokładna relacja wewnętrznych przeżyć. Cisza nie musi być znakiem znudzenia. To czas w którym w tej samej chwili jesteśmy sobie najbardziej bliscy... nie musimy sobie nic mówić, ale nasze myśli krążą wspólnie. Dlatego cisza jest tak samo ważna jak wspólna rozmowa z kimś... każdy potrafi ze sobą porozmawiać, ale wspólne milczenie to dużo trudniejsza rzecz... Cisza nigdy nie jest taka sama. Czasem jest ciężka, dusząca... czasem lekka... porządkuje myśli... a czasem wprowadza w nich chaos... cisza jest jak słowa... tylko trzeba się wsłuchać.
niedziela, 10 maja 2009
Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach
Nareszcie zdobyłam nową książkę Widłaka. Nietypową, bo tym razem nie Pies Pypeć, Kaczka Katastrofa, Pan Kuleczka czy Mucha Bzyk-Bzyk są jej bohaterami. A kto jest? Wierzbownik, Spragniony, Karmiący Ptaki, Puszczający Stateczki, Parasolnik, Rapsodnik i inne postacie. Co je łączy? Wszystkie mają wielkie kapelusze i są krasnalami. Gdy po raz pierwszy sięgnęłam po tę książkę byłam trochę zaskoczna. Ale zacznijmy od początku...
Na początku była fontanna. Fontanna przed Teatrem Lalek we Wrocławiu stworzona przez znanego ilustratora książek dla dzieci - pana Pawła Pawlaka. I właśnie tę fontannę zamieszkują bohaterowie książki. Każdy z nich zajmuje się czymś innym... Jeden z nich siedzi na drzewie czytając książki, inny trzyma parasol, kolejny karmi ptaki. Każdy z nich ma swoje miejsce i swoje własne zajęcie. Każdy jest niepowtarzalny i niezwykły. Ale to nie jedyne krasnale we Wrocławiu. Całe miasto jest ich pełne. Jeden z nich wspina się na latarnię, inny trzyma nadziany na widelec pieróg, jeszcze inny jeździ na starym projektorze niczym na rowerze... podobno jest ich ponad 50... a może nawet jeszcze więcej? Ich imiona (choć nie zawsze) dopasowane są do czynności jaką akurat wykonują - mamy więc Pierożnika, Gołębnika, Strażnika, Śpiocha, Bibliofila, Wodniaka i wiele wiele innych. Sama nigdy nie odwiedziłam Wrocławia, ale teraz już zaczynam planować kiedy w końcu się tam wybiorę i poszukam krasnali.
Wróćmy jednak do książki. Każdy rozdział opowiada historię jednej z postaci. Skąd się tam wzięła i co właściwie robi? Czyta się ją jednym tchem, a gdy się skończy czyta natychmiast jeszcze raz i jeszcze raz. Bo jest to jedna z tych książek, która nigdy się nie nudzi. A jeśli nawet nie chce nam się czytać to samo oglądanie jej jest czymś niesamowitym. Okładka stylizowana jest na starą książkę znalezioną przypadkowo w antykwariacie. Gdy pierwszy raz wzięłam książkę do ręki miałam wrażenie że znalazłam ją na strychu gdzie przeleżała wiele, wiele lat. Ilustracje są przepiękne. Nic dziwnego w końcu to dzieło jednego z naszych najlepszych ilustratorów - wspomnianego już Pawła Pawlaka.
Cóż mogę dodać? Zakochałam się w tej opowieści... niecierpliwie czekam na okazję gdy wybiorę się do Wrocławia, siądę sobie obok fontanny i przeczytam ją jeszcze raz. A potem kto wie? Może nawet zdecyduje się żeby dotknąć nosa Rapsodnika?
Na początku była fontanna. Fontanna przed Teatrem Lalek we Wrocławiu stworzona przez znanego ilustratora książek dla dzieci - pana Pawła Pawlaka. I właśnie tę fontannę zamieszkują bohaterowie książki. Każdy z nich zajmuje się czymś innym... Jeden z nich siedzi na drzewie czytając książki, inny trzyma parasol, kolejny karmi ptaki. Każdy z nich ma swoje miejsce i swoje własne zajęcie. Każdy jest niepowtarzalny i niezwykły. Ale to nie jedyne krasnale we Wrocławiu. Całe miasto jest ich pełne. Jeden z nich wspina się na latarnię, inny trzyma nadziany na widelec pieróg, jeszcze inny jeździ na starym projektorze niczym na rowerze... podobno jest ich ponad 50... a może nawet jeszcze więcej? Ich imiona (choć nie zawsze) dopasowane są do czynności jaką akurat wykonują - mamy więc Pierożnika, Gołębnika, Strażnika, Śpiocha, Bibliofila, Wodniaka i wiele wiele innych. Sama nigdy nie odwiedziłam Wrocławia, ale teraz już zaczynam planować kiedy w końcu się tam wybiorę i poszukam krasnali.
Wróćmy jednak do książki. Każdy rozdział opowiada historię jednej z postaci. Skąd się tam wzięła i co właściwie robi? Czyta się ją jednym tchem, a gdy się skończy czyta natychmiast jeszcze raz i jeszcze raz. Bo jest to jedna z tych książek, która nigdy się nie nudzi. A jeśli nawet nie chce nam się czytać to samo oglądanie jej jest czymś niesamowitym. Okładka stylizowana jest na starą książkę znalezioną przypadkowo w antykwariacie. Gdy pierwszy raz wzięłam książkę do ręki miałam wrażenie że znalazłam ją na strychu gdzie przeleżała wiele, wiele lat. Ilustracje są przepiękne. Nic dziwnego w końcu to dzieło jednego z naszych najlepszych ilustratorów - wspomnianego już Pawła Pawlaka.
Cóż mogę dodać? Zakochałam się w tej opowieści... niecierpliwie czekam na okazję gdy wybiorę się do Wrocławia, siądę sobie obok fontanny i przeczytam ją jeszcze raz. A potem kto wie? Może nawet zdecyduje się żeby dotknąć nosa Rapsodnika?
Subskrybuj:
Posty (Atom)